Kiedy weszła do pokoju, światło z okna zgasło na chwilę — jakby musiało znaleźć nowy sposób, żeby ją oświetlić. Miała włosy w kolorze szmaragdu, których nie dało się pomylić z niczym innym: wyglądały jak coś pomiędzy odwagą a spokojem.
Stanęła przy ścianie, opierając dłoń o mały stolik, jakby chciała sprawdzić, czy przestrzeń wokół niej jest prawdziwa.
Od tygodni próbowała zrobić jedną rzecz — przestać się chować. Najpierw przed sobą, później przed oczekiwaniami innych. Ten zielony kolor wybrała właśnie dlatego: był zbyt głośny, żeby się ukrywać, a jednocześnie zbyt miękki, żeby być krzykiem.
Dziś była próbna runda. Zapisała sobie nawet w telefonie: „Wyjdź z pokoju z podniesioną głową. Bez przepraszania za to, kim jesteś”.
Patrzyła w lustro jeszcze przez chwilę, jakby miała przekonać samej siebie: to jest dokładnie ten moment.
I kiedy w końcu zrobiła pierwszy krok w stronę drzwi, uśmiechnęła się — nie dlatego, że wszystko już wiedziała, ale dlatego, że pierwszy raz od dawna nie potrzebowała wiedzieć wszystkiego, żeby zacząć.














