Niebo zawsze było jej naturalnym żywiołem. Ludzie mówili, że pilotka powinna mieć twardą skórę i zimny umysł, ale Kaia Andersen była inna. Miała w sobie tę miękkość, która pojawia się dopiero wtedy, gdy człowiek nauczy się ufać przestrzeni, w której nic nie trzyma go przy ziemi. Tego popołudnia wróciła z długiego lotu. W kabinie wciąż czuła ciepło ostatniego zachodu słońca, a w jej ciele krążyła adrenalina, która nie chciała opaść.
W pokoju hotelowym panowała cisza, jakby cały świat zatrzymał się tylko po to, by dać jej chwilę wytchnienia. Odrzuciła torbę w kąt, zdjęła skórzaną kurtkę i pozwoliła, by koszula przesunęła się po jej ramieniu, odsłaniając jedną stronę ciała w sposób zupełnie naturalny, niepozowany. Miała w sobie to ciche piękno kobiet, które znają swoje siły i swoje słabości.
Usiadła na łóżku, przesuwając palcami po udzie, które wciąż pamiętało ucisk pasów bezpieczeństwa. Jej włosy – jasne, popielate, lekko falowane – opadły na policzki, a intensywnie niebieskie oczy, wciąż w trybie „przestrzeń powietrzna”, patrzyły przed siebie, nie widząc niczego konkretnego. W tym momencie wyglądała jak ktoś zawieszony pomiędzy dwoma światami: tym, w którym kontroluje tysiące koni mechanicznych, i tym, w którym wszystko jest nagle miękkie, ciche i cielesne.
To była ta chwila – subtelnie sensualna, nienachalna, prawdziwa. Nie potrzebowała pozowania. Nie potrzebowała sceny. Wystarczyło jedno spojrzenie Kai, jedno opadnięcie włosów, jeden fragment skóry dotknięty światłem, by pokój wypełnił się historią, której nie trzeba było opowiadać na głos.







